Czy gromadzenie zapasów na 72 godziny ma sens?
Większość z nas ma w szafce jakiś zapas makaronu, puszkę pomidorów i może słoik dżemu, który stoi tam od zeszłych świąt. Pewnie znajdzie się też mały arsenał ogórków kiszonych. To już coś, ale zdecydowanie za mało, żeby przetrwać kilka dni bez dostępu do infrastruktury. Tymczasem coraz więcej instytucji zaczyna mówić głośno o tym, że domowy zapas żywności, wody i kilku sprzętów to nie fanaberia, lecz zwykła życiowa roztropność. Tylko co powinno się w nim znaleźć? Podpowiadamy.
Co tak naprawdę powinno stać w tej szafce
Zacznijmy od wody, bo o niej zapomina się najczęściej i najchętniej. Woda wydaje się oczywista, bo zawsze jest w kranie. Tyle że kran działa dopóty, dopóki działa infrastruktura za ścianą.
W kwietniu 2025 roku mieszkańcy Otwocka przekonali się o tym na własnej skórze. Awaria stacji uzdatniania wody pozbawiła dostępu do bieżącej wody 50 tysięcy osób w Otwocku i 10 tysięcy w pobliskim Karczewie, a woda, która w końcu wróciła do kranów, przez kolejne doby nie nadawała się ani do picia, ani do mycia.
Miasto rozstawiło beczkowozy, ale nie zawsze tak będzie. A nawet jeśli przyjmiemy za pewnik ich obecność, to szczęśliwcy posiadający w domu własne zapasy wody i tabletki do jej uzdatniania nie byli skazani na stanie w długich kolejkach.
Ile wody najlepiej mieć w domu? Minimum to 3 litry dziennie na osobę, czyli 9 litrów na 72 godziny. Rodzime Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zaleca 14 litrów na osobę na tydzień, co dla czteroosobowej rodziny oznacza ponad 56 litrów. Warto uzupełnić zapas także o filtr lub tabletki do uzdatniania. Są kompaktowe, kosztują grosze i mogą długo leżeć. To idealni kandydaci do naszego domowego zapasu.
Przy żywności kluczowe są dwa kryteria: długa data przydatności i możliwość zjedzenia bez dostępu do prądu lub gazu. Konserwy, orzechy, miód, batony energetyczne czy racje żywnościowe to produkty, które nie wymagają ani lodówki, ani kuchenki, ani szczególnych umiejętności kulinarnych w chwili, gdy głowa i tak zajęta jest czymś innym.
Jeśli do tego dołożyć mały palnik turystyczny na paliwo stałe z zapasem kartuszy, otwiera się możliwość zagotowania wody czy podgrzania czegoś ciepłego.W trzeciej dobie kryzysu ciepła zupa potrafi zdziałać cuda.
Kiedy zabezpieczymy już kwestie wody i żywności, powinniśmy pomyśleć o oświetleniu i komunikacji ze światem. Zacznijmy od latarki, a właściwie od latarek, bo warto mieć dwie. Czołówka zostawia wolne ręce – dosłownie – i sprawdza się wszędzie tam, gdzie obu rąk potrzebujesz do czegoś innego, np. do przejrzenia apteczki czy przewinięcia dziecka.
Latarka ręczna przyda się do oświetlania drogi, przeszukiwania pomieszczeń w ciemności albo dawania sygnałów świetlnych. Obie powinny mieć zapas świeżych baterii, bo baterie leżące latami w szufladzie zwykle są już w połowie rozładowane.
Radio na dynamo to osobna historia. Można zapytać, po co radio, skoro mamy telefon. Problem polega na tym, że telefon działa tylko wtedy, gdy ma naładowaną baterię i zasięg. Kiedy jedno i drugie zawodzi, radio na dynamo pozostaje jedynym urządzeniem, które łączy nas ze światem zewnętrznym bez żadnych warunków wstępnych. Nie potrzebuje baterii, nie potrzebuje gniazdka. Wystarczy kręcić korbką. W sytuacji, gdy służby nadają komunikaty kryzysowe, a internet nie działa, ta korbka jest warta więcej niż najnowszy smartfon z nadgryzionym jabłkiem.
Do tego dochodzi gotówka, i tu wiele osób wzrusza ramionami, bo od lat płaci telefonem. Tyle że brak prądu spowodowany awarią infrastruktury lub cyberatakiem może oznaczać, że nasze smartfony staną się bezużyteczne.
Ile mieć gotówki na czarną godzinę? Nie ma oficjalnych wytycznych od instytucji rządowych, ale specjaliści twierdzą, że kwota w przedziale 500 do 1000 złotych na osobę tygodniowo powinna wystarczyć.
Dlaczego właściwie 72 godziny?
Trzy dni to przecież nic, prawda? Pod warunkiem, że nie siedzi się głodnym, spragnionym, zmarzniętym i pozbawionym kontaktu ze światem w betonowej jaskini, zwanej do niedawna przytulnym apartamentem.
72 godziny nie wzięło się z sufitu, lecz z doświadczeń dziesiątek rzeczywistych katastrof, przy których służby ratunkowe po prostu nie były w stanie dotrzeć do wszystkich potrzebujących w ciągu pierwszych trzech dób.
Amerykańska Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego FEMA od lat rekomenduje, że każda rodzina powinna być zdolna do samodzielnego funkcjonowania właśnie przez co najmniej 72 godziny po katastrofie, podczas których prąd, gaz, woda i telefony mogą nie działać.
Ten standard przyjęły z czasem agencje zarządzania kryzysowego na całym świecie, aż w marcu 2025 roku Komisja Europejska uczyniła z niego oficjalne zalecenie dla wszystkich 450 milionów obywateli Unii, podając przy okazji statystykę z badań Eurobarometru, według której połowa obywateli UE po zaledwie trzech dniach kryzysu zostałaby bez dostępu do podstawowych zasobów.
Warto jednak wiedzieć, że trzy doby to podłoga, nie sufit. Wystarczy spojrzeć na Dolny Śląsk i Opolszczyznę we wrześniu 2024 roku. Miejscowości takie jak Głuchołazy czy Prudnik zostały odcięte od świata bez prądu, wody i łączności, a mieszkańcy wielu wsi czekali na ewakuację przez całą noc, bo ratownicy po prostu nie mogli do nich dotrzeć. Część z nich była zdana na siebie przez znacznie dłużej niż trzy doby.
To właśnie dlatego specjaliści od zarządzania kryzysowego od lat mówią, że 72 godziny to minimum, od którego należy zacząć, a nie cel, na którym można poprzestać. W Polsce Rządowe Centrum Bezpieczeństwa przyjęło podobną filozofię i zaleca przygotowanie domowych zapasów na 3 do 7 dni, a więc znacznie powyżej unijnego minimum.
Siedem dni to nie jest poziom dla paranoików. To poziom, który w świetle doświadczeń ostatnich lat zaczyna wyglądać jak rozsądny punkt docelowy dla każdej rodziny.
Jak robić to mądrze i bez wydawania fortuny
Jest pewna pułapka, w którą wpada większość ludzi, kiedy po raz pierwszy poważnie zabiera się za temat domowych zapasów. Idą do sklepu, kupują na raz dużą ilość produktów, które wydają im się odpowiednie, wkładają wszystko do szafy i uznają sprawę za załatwioną. Kilka miesięcy później okazuje się, że połowa rzeczy ma przeterminowaną datę ważności i trzeba ją wyrzucić. Czy tak musi być?
Sensowne podejście działa inaczej. Kupujesz trochę więcej niż zwykle, sięgasz po to, co najstarsze, dokupujesz nowe. Tak funkcjonuje każda sprawna restauracja i dokładnie tak powinien działać domowy bufor. Przy każdych zakupach spożywczych jeden produkt długoterminowy więcej w koszyku. Ryż, makaron, orzechy, coś, co i tak regularnie ląduje w garnku.
W perspektywie kilku miesięcy taka strategia daje porządnie zapełnioną szafkę bez jednorazowego wydatku i bez ryzyka, że cokolwiek się zmarnuje. To co – zaczynamy przy następnej wizycie w sklepie?
Sprawdź również
Jak wyposażyć swój plecak awaryjny?